sporty ekstremalne czyli anatomia studiowania
2006-12-16 02:10
Z okazji tego, że mamy piątkowa noc a ja mam zmiane na recepcji(wyjatkowo nudną dodam, a już się przyzwyczaiłam do tego, że ostatnio ciągle ktoś chce się zaprzyjazniać o trzeciej nad ranem) zamieszczam tą oto bardzo gniewną notkę na temat polskiego systemu edukacji z naciskiem na szkonictwo wyższe(bo co mnie właściwie obchodzi, co się dzieje niżej, ja przeżyłam to i wy dacie rade, rzekłam). aha. (tego poprzedniego nawiasu nie przesyłajcie bardzo prosze mojemu promotorowi ponieważ od tygodni mu wmawiam, że uczniom szkół średnich należy się lepszy system motywacyjny i ja miałabym być odpowiedzią na ten problem).
wkażdymbądżrazie....
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za 18 miesięcy obronie pracę magisterską z psychologii na osławionym uniwersytecie jagiellońskim. Obrona będzie trwała pięć do siedmiu minut, osoby, które nigdy nawet nie przejrzały mojej pracy zadadzą mi kilka pytań a następnie odeślą w szeroki świat.
krzyżyk na drogę, drogie dziecko.
Pewna moja znajoma opowiadając mi o swojej obronie pracy na polonistyce stwierdziła na zakończenie 'Wyszłam przed budynek z moją piątką w garści, spojrzałam przed siebie i wzruszyłam ramionami. Co ja z tego miałam? Chyba lepiej poczułabym się gdyby dali mi chociaż 50 zlotych.'
Satysfakcję, powiecie, miała?
Jeśli przez pięć lat jedynymi uzyskiwanymi pochwałami były kolejne piątki wmazywane do indeksu, to jeszcza jedna dobra ocena nie zrobi większej różnicy. A poklepanie po głowie na koniec pięcioletniej harówki wywołuje raczej zgrzytanie zębów niż dume(a przynajmniej powinno). Moja była współlokatorka, w przeciwieństwie do mnie, studiuje psychologię w Krakowie od samego początku, co oznacza, że wykładowcy ją znają, kojarzą, mogą coś powiedzieć o jej możliwościach, umjętnościach. A jednak potrzeba było ponad trzech lat, żeby którykolwiek z profesorów zainteresował się jej losem, zaproponowal udział w prowadzeniu badań.
Mój promotor od początku pażdziernika powtarza nam, że jeśli myślimy o doktoracie to czwarty rok jest nie tylko ostatnim dzwonkiem ale własciwie to jest prawie po ptakach. Bo w podaniu o studia doktoranckie trzeba wpisać konkretne publikacje, przeprowadzone badania. Mhm. Tylko, że ten sam promotor jest pierwszą osobą, która powiedziała mi, że artykuły napisane przez studenta mają szansę publikacji, że należy o to walczyć.
Powiedzmy sobie przy okazji, że ostatnią rzeczą, której oczekuję od wykładowcow jest że przeprowadzą mnie za rączke przez studia. Mogłam się oczywiście sama dowiedzieć czy mam szansę na publikację czy mogę to i tamto. Jedno ale. Całe życie uważałam, że rolą nauczyciela, obojętnie jakiego szczebla, jest pokazywanie swoim uczniom możliwości, wskazywanie kierunku działania. O nic innego nie proszę.
Zamiast tego wciąż jestem straszona oblaniem na egzaminie(jeśli nie przeczytasz, nie napiszesz) nie zaliczeniem zajęć, zgubnymi skutkami jakie przyniesie mi łączenie pracy z nauką(pewna pani profesor powiedziała, że nie chce na swoim semianrium osób pracujących bo to będzie odciągało je od nauki. Gratulujemy pani. wlaśnie dołożyła pani swoją cegiełkę do produkcji rzeszy bezrobotnych absolwentów). Czego nie moge zrozumiec to dlaczego właściwie miałabym nie przeczytać tych książek do egzaminu? Skoro mi zależy żeby go zdać to przeczytam. Jeśli chce napisać porządną prace magiserską to będę zjawiać się na zajęciach. Nikt mnie na siłę na uniwersytet nie wypychał, nikt mnie też do niego nie przywiązał. Skoro ciągle tam jestem to znaczy, że ciągle mi się chce/zależy/mam jakiś plan. I zasługuję na odrobinę zaufania.
Wszystko to jeszcze byłoby do przejścia(w ramach szkoły przetrwania) gdyby na końcu czekała nagroda: absolwent prestiżowej uczelni, dobre stopnie, języki obce, doświadczenie zawodowe...czym możemy panią skusić?
Zdarza mi się oglądać filmy made in usa tudzież krajach europy lepiej rozwiniętej, zdarza mi się czytać statystki, zdarzyło mi się też mieszkać czas jakiś za granicą. Wnioski do jakich dochodzę sobie w wyniku tych różnych zdarzających się rzeczy nie są może ogromnie odkrywcze ale za to nieodmiennie frustrujące. Sa najwyrazniej miejsca na tym najlepszym ze światów, gdzie wyższe wykstzałcenie coś oznacza. Zyskuje ci szacunek. Jako komuś komu sie chciało. Jako komuś, kto się na czymś zna. Jako komuś, kto doświadczył czegoś unikalnego.
Studiowanie to nie tylko nauka i imprezy. To złożone, wielowymiarowe doświadczenie, owocujące konsekwencjami przez całe życie absolwenta.
W Polsce, odnoszę wrażenie, jest to również sport ekstremalny.
wkażdymbądżrazie....
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za 18 miesięcy obronie pracę magisterską z psychologii na osławionym uniwersytecie jagiellońskim. Obrona będzie trwała pięć do siedmiu minut, osoby, które nigdy nawet nie przejrzały mojej pracy zadadzą mi kilka pytań a następnie odeślą w szeroki świat.
krzyżyk na drogę, drogie dziecko.
Pewna moja znajoma opowiadając mi o swojej obronie pracy na polonistyce stwierdziła na zakończenie 'Wyszłam przed budynek z moją piątką w garści, spojrzałam przed siebie i wzruszyłam ramionami. Co ja z tego miałam? Chyba lepiej poczułabym się gdyby dali mi chociaż 50 zlotych.'
Satysfakcję, powiecie, miała?
Jeśli przez pięć lat jedynymi uzyskiwanymi pochwałami były kolejne piątki wmazywane do indeksu, to jeszcza jedna dobra ocena nie zrobi większej różnicy. A poklepanie po głowie na koniec pięcioletniej harówki wywołuje raczej zgrzytanie zębów niż dume(a przynajmniej powinno). Moja była współlokatorka, w przeciwieństwie do mnie, studiuje psychologię w Krakowie od samego początku, co oznacza, że wykładowcy ją znają, kojarzą, mogą coś powiedzieć o jej możliwościach, umjętnościach. A jednak potrzeba było ponad trzech lat, żeby którykolwiek z profesorów zainteresował się jej losem, zaproponowal udział w prowadzeniu badań.
Mój promotor od początku pażdziernika powtarza nam, że jeśli myślimy o doktoracie to czwarty rok jest nie tylko ostatnim dzwonkiem ale własciwie to jest prawie po ptakach. Bo w podaniu o studia doktoranckie trzeba wpisać konkretne publikacje, przeprowadzone badania. Mhm. Tylko, że ten sam promotor jest pierwszą osobą, która powiedziała mi, że artykuły napisane przez studenta mają szansę publikacji, że należy o to walczyć.
Powiedzmy sobie przy okazji, że ostatnią rzeczą, której oczekuję od wykładowcow jest że przeprowadzą mnie za rączke przez studia. Mogłam się oczywiście sama dowiedzieć czy mam szansę na publikację czy mogę to i tamto. Jedno ale. Całe życie uważałam, że rolą nauczyciela, obojętnie jakiego szczebla, jest pokazywanie swoim uczniom możliwości, wskazywanie kierunku działania. O nic innego nie proszę.
Zamiast tego wciąż jestem straszona oblaniem na egzaminie(jeśli nie przeczytasz, nie napiszesz) nie zaliczeniem zajęć, zgubnymi skutkami jakie przyniesie mi łączenie pracy z nauką(pewna pani profesor powiedziała, że nie chce na swoim semianrium osób pracujących bo to będzie odciągało je od nauki. Gratulujemy pani. wlaśnie dołożyła pani swoją cegiełkę do produkcji rzeszy bezrobotnych absolwentów). Czego nie moge zrozumiec to dlaczego właściwie miałabym nie przeczytać tych książek do egzaminu? Skoro mi zależy żeby go zdać to przeczytam. Jeśli chce napisać porządną prace magiserską to będę zjawiać się na zajęciach. Nikt mnie na siłę na uniwersytet nie wypychał, nikt mnie też do niego nie przywiązał. Skoro ciągle tam jestem to znaczy, że ciągle mi się chce/zależy/mam jakiś plan. I zasługuję na odrobinę zaufania.
Wszystko to jeszcze byłoby do przejścia(w ramach szkoły przetrwania) gdyby na końcu czekała nagroda: absolwent prestiżowej uczelni, dobre stopnie, języki obce, doświadczenie zawodowe...czym możemy panią skusić?
Zdarza mi się oglądać filmy made in usa tudzież krajach europy lepiej rozwiniętej, zdarza mi się czytać statystki, zdarzyło mi się też mieszkać czas jakiś za granicą. Wnioski do jakich dochodzę sobie w wyniku tych różnych zdarzających się rzeczy nie są może ogromnie odkrywcze ale za to nieodmiennie frustrujące. Sa najwyrazniej miejsca na tym najlepszym ze światów, gdzie wyższe wykstzałcenie coś oznacza. Zyskuje ci szacunek. Jako komuś komu sie chciało. Jako komuś, kto się na czymś zna. Jako komuś, kto doświadczył czegoś unikalnego.
Studiowanie to nie tylko nauka i imprezy. To złożone, wielowymiarowe doświadczenie, owocujące konsekwencjami przez całe życie absolwenta.
W Polsce, odnoszę wrażenie, jest to również sport ekstremalny.